top of page

​MANIFEST CODZIENNOŚCI

(dla tych, którzy wstają rano i nie chcą znowu udawać)

Nie potrzebuję wielkich słów, żeby żyć prawdziwie.
Nie potrzebuję świąt, manifestów, rewolucji.
Wystarczy, że rano otwieram oczy i mówię: „dziś nie kłamię sobie”.
Kawa nie musi być „idealna”.
Może być zimna, może być słaba – ale piję ją, bo chcę.
Nie dlatego, że „trzeba się obudzić”, tylko dlatego, że lubię zapach.

Idę do pracy – nie po to, żeby „robić karierę”,
tylko żeby zarobić na to, co naprawdę chcę:
spacer bez telefonu, ciszę w lesie, muzykę w słuchawkach.
Nie jestem trybikiem. Jestem człowiekiem, który płaci rachunki,
żeby nie musiał się sprzedawać.

Kiedy ktoś mnie pyta: „jak leci?” –
nie mówię „fajnie”, jeśli nie jest fajnie.
Mówię: „ciężko, ale daję radę”.
prawda nie musi być ładna.
Musi być moja.

W sklepie nie kupuję „bo reklama”.
Kupuję, bo czuję.
Jeśli jabłko smakuje jak jabłko – biorę.
Jeśli nie – zostawiam.
Nie muszę się tłumaczyć z tego, co lubię.

W domu nie sprzątam, żeby „było ładnie”.
Sprzątam, bo lubię, jak jest miejsce na oddech.
Nie dlatego, że mama by powiedziała „ładnie”,
tylko dlatego, że ja chcę oddychać.

Kiedy wieczorem siadam – nie scrolluję, żeby uciec.
Słucham muzyki, patrzę w sufit, myślę o wodzie na promie.
Nie muszę mieć planu na jutro.
Muszę mieć spokój teraz.

I jeśli ktoś mi mówi: „powinieneś więcej robić”,
odpowiadam: „powinienem więcej czuć”.
Bo życie to nie lista zadań.
To oddech.
To dotyk trawy pod bosą stopą.
To „kurwa, dzisiaj żyję” – nawet jak pada deszcz.

Nie czekam na weekend, żeby być sobą.
Jestem sobą w poniedziałek o dziewiątej,
w kolejce po chleb,
w autobusie, kiedy wszyscy milczą.

Bo codzienność nie jest karą.
To jest moja świątynia.
I jeśli kiedyś ktoś zapyta:
„jak to robisz, że nie zwariowałeś?” –
powiem: „nie udaję. Po prostu jestem”.

To nie manifest.
To mój dzień.
I jutro też będzie.
bottom of page