WCHODZENIE W DOROSŁOŚĆ
Część Trzecia – Wchodzenie w dorosłość
Iluzja wyboru, czyli nowy etap zniewolenia
Gdy kończy się szkoła, człowiek po raz pierwszy dostaje złudzenie, że może wybrać. Studiować czy iść do pracy? Wyjechać czy zostać? Co robić ze swoim życiem?
Ale nikt nie mówi mu, że każdy z tych wyborów prowadzi do tej samej klatki – tylko z innym kolorem ścian.
Program, który wszczepiono w nim od przedszkola do matury, już działa. Myśli, że decyduje sam, a tak naprawdę odtwarza to, co wcześniej wszczepiono: lęk przed biedą, presję sukcesu, potrzebę aprobaty społecznej. Nie wybiera sercem – wybiera tak, jak wypada. Tak, jak trzeba. Tak, jak się powinno.
System pracy i edukacji wyższej nie daje wolności. To kolejne warstwy tej samej gry. Kredyty studenckie. Umowy śmieciowe. Korporacyjne szczebelki do nikąd. Znikające marzenia. Pusta tożsamość.
A wszystko to pod przykrywką „dorosłości”.
To nie jest dorosłość.
To kolejny poziom gry.
Tylko gracz nie wie, że gra.
Dorosłość w tym świecie nie zaczyna się wtedy, gdy stajesz się odpowiedzialny. Zaczyna się wtedy, gdy podpisujesz pierwszy kontrakt z Matrixem. Umowa o pracę. Indeks uczelni. Wniosek o kredyt. Rejestracja w urzędzie pracy.
Każdy z tych kroków wygląda inaczej, ale prowadzi do tego samego miejsca — do bycia trybikiem.
Młody człowiek nie wie, że system został zaprojektowany tak, by nie miał czasu się zatrzymać. Bo gdyby się zatrzymał — zacząłby zadawać pytania. A pytań nie wolno zadawać. Trzeba działać. Zarabiać. Spłacać. Planować karierę. Ulepszać wizerunek. Uczyć się skuteczności. Ale nie siebie.
Nie ma lekcji o duszy.
Nie ma lekcji o intuicji.
Są lekcje automotywacji do wykonywania poleceń.
A jeśli nie chcesz w to wejść? Jeśli czujesz, że to wszystko jest kłamstwem? Wtedy zostajesz zepchnięty. Nazywają Cię leniem. Marzycielem. Nieprzystosowanym.
Bo system nagradza tych, którzy grają jego grę — i odrzuca tych, którzy ją widzą.
To właśnie początek dorosłości. Nie jako przejaw wolności — ale jako nowy etap zniewolenia.
A potem przychodzi porównywanie. Znajomi z Instagrama, LinkedIna — awanse, śluby, kredyty, egzotyka. I nawet jeśli czujesz, że nie chcesz w to grać... pojawia się presja.
„Zostałem w tyle.”
„Muszę coś udowodnić.”
„Może jeszcze chwilę popracuję.”
„Może te studia jednak mi coś dadzą.”
I tak krok po kroku — oddajesz po kawałku swoje „ja”. Bo przecież każdy tak robi. A jeśli każdy tak robi... to chyba tak trzeba?
Ale właśnie wtedy dusza zaczyna krzyczeć.
Najpierw cicho — uczuciem pustki.
Potem głośniej — bezsennością.
Potem już nie krzyczy — tylko boli.
Ciało mówi: „Obudź się”.
Bo dorosłość w tym świecie to nie dojrzałość. To teatr. Iluzja. Gra pozorów, w której wygrywa ten, kto najlepiej udaje.
Ale nawet w środku tej gry... można się zatrzymać. Wziąć oddech. Zadać jedno pytanie:
„Czy to naprawdę moje życie?”
I to pytanie... potrafi zburzyć cały Matrix.
Większość ludzi jednak nigdy go nie zadaje. Bo boją się odpowiedzi. Boją się ciszy, która może obnażyć wszystko.
System nazywa to „dorosłością” — ale to tylko nowe więzienie z lepszym PR-em. Zamiast łańcuchów są aplikacje. Zamiast batów — deadline’y i wypłata. I nikt nie narzeka, bo można zamówić sushi, obejrzeć serial i wrzucić story z Bali.
Ale wewnątrz... coś mówi: to nie to.
Prawdziwa dorosłość nie polega na tym, że się odnajdujesz w społeczeństwie.
Prawdziwa dorosłość to moment, w którym odważysz się z niego wyjść.
Spojrzeć z góry. Zadać pytanie nie o to, „co robić”, ale:
„Kim jestem naprawdę?”
I może właśnie w tym pytaniu zaczyna się prawdziwa wolność.
