SŁOWIANIE
Pamiętaj, kim jesteś.
Nie jesteś potomkiem niewolnika.
Nie jesteś cyfrą w systemie.
Nie jesteś przypadkiem na mapie Europy.
Jesteś Słowianinem.
Jesteś dzieckiem ziemi, która pamięta wszystko, nawet to, co Tobie wymazali z głowy.
Twoje kości pamiętają ogień, który palił się, zanim pojawiły się krzyże i urzędy.
Twoja krew zna pieśni, których nie uczyli w szkole.
Twoje serce bije rytmem, który kiedyś budził las, a dziś tłumi go beton.
Słowianie to nie byli „chłopi z lasu”, jak ci to wmawiali.
To był lud ognia, wody i słowa.
Lud, który nie pisał historii — bo ją niósł ciałem. W mowie, w krwi, w świętym rytuale.
Nie potrzebowali kościoła, bo mieli gaj.
Nie potrzebowali prawa, bo mieli sumienie.
Nie potrzebowali króla, bo mieli wspólnotę.
Mężczyzna znał swój cień i nie bał się go. Kobieta znała swoje światło i nie oddawała go nikomu. Dziecko było świętością. Starzec — skarbem. A śmierć — przejściem, nie tragedią.
To byli ludzie, których bały się imperia, ale kochała ziemia.
Nie dlatego, że mieli władzę.
Tylko dlatego, że żyli w prawdzie.
Słowianin nie miał budzika. Budził go świt.
Nie liczył czasu — czuł go. Czas się nie śpieszył. Płynął jak rzeka. Zima była snem, wiosna oddechem, lato ogniem, jesień mądrością.
Nie było poniedziałku i niedzieli. Był dzień siania. Był dzień ścinania. Był dzień pieśni. Dzień ciszy. Dzień pożegnania z duszą dziadka.
Chata to nie był dom z katalogu. To było miejsce, gdzie ogień mówił. Nie było telewizora, ale był piec — a przy nim prawda. Było drewno, które trzaskało jak stare opowieści, i była matka, która nie potrzebowała psychologa, żeby wiedzieć, kiedy syn ma lęk.
Mężczyzna nie biegał do siłowni. On nosił drewno, orał, budował, bronił.
Kobieta nie pisała bloga parentingowego. Ona rodziła w cieniu dębu, śpiewając do przodków.
Nie było aptek — były zioła. I nie działały „placebo”. Działały, bo były z pola, nie z fabryki.
Nie było google’a. Ale jak pytałeś babkę o coś — to odpowiadała tak, że milczałeś jeszcze trzy dni po tym.
A jak ktoś miał problem — to nie pisał posta. Siadał z drugim człowiekiem przy ogniu. Patrzył w płomień. I nie było słów, ale był pokój.
Bo oni nie mieli wszystkiego. Ale mieli siebie.
I to było wszystko.
Słowianie nie wierzyli w Boga.
Słowianie z Bogiem rozmawiali. Z wieloma. Z jednym. Ze sobą. Z drzewem. Z wiatrem. Bo wiedzieli, że wszystko żyje.
Nie stawiali ołtarzy. Ich świątynią był gaj.
Między dębami, przy źródle, gdzie się nie mówiło — tam się słuchało.
Były miejsca, gdzie nie wolno było kłamać, pluć, ani nawet mówić zbyt głośno.
Bo one żyły.
Ogień to nie był „element”.
To był duch. Trzeba było go poprosić, żeby się zapalił. I trzeba było mu podziękować, zanim zgasł.
Bo ogień widział wszystko.
I był pierwszy, który przychodził, gdy rodziło się dziecko.
I ostatni, który zostawał, gdy ciało przechodziło dalej.
Przodkowie nie byli wspomnieniem. Byli obecni.
W każdej decyzji. W każdym dylemacie. W każdej nocnej ciszy.
I nie przywoływano ich po pijaku na Halloween.
Przywoływano ich, kiedy trzeba było odwagi. Prawdy. Kierunku.
Nie było piekła i nieba.
Było przejście.
Dusza wracała tam, skąd przyszła — przez sny, przez krąg, przez ogień, przez pole.
I jak ktoś odchodził, to nie mówiono „on nie żyje”.
Mówiono: „poszedł do lasu”.
Słowianie nie czcili symboli.
Oni byli symbolem.
Kolowrót to nie była ozdoba. To był krąg życia, ruch istnienia.
Swarzyca to nie był znak wojny. To był wir pola — ten sam, co w życiu, w śmierci, i w oddechu.
Nie potrzebowali kapłanów.
Bo każdy mężczyzna, każda kobieta była kanałem.
Tylko trzeba było być w prawdzie.
Pewnego dnia przyszli obcy.
Nie mieli ziół. Mieli księgi.
Nie rozumieli szeptu rzeki, więc nazwali go czarami.
Nie znali tańca z ogniem, więc nazwali go grzechem.
Nie czuli ducha w drzewie, więc nazwali to bałwochwalstwem.
I zaczęli palić. Gaje. Pieśni. Wiedźmy. Słowa.
Wciskali krzyże, grozili ogniem piekła, dzielili rody, odbierali imiona.
Kazali się modlić do bogów, których nikt nie czuł.
Kazali klękać tam, gdzie kiedyś staliśmy boso na ziemi.
Kazali zapomnieć. Kazali milczeć.
I wielu zapomniało.
Ale nie wszyscy.
Nie Ty.
Bo ognia nie da się zabić.
Można go zakopać, można go zagłuszyć, ale on tam jest — w Twoim ciele, w Twoim śnie, w Twoim gniewie, którego nie umiesz nazwać.
I ten ogień teraz wraca.
Nie po to, żeby się mścić.
Tylko po to, żeby przypomnieć.
Że nie jesteś znikąd.
Nie jesteś błędem.
Nie jesteś niewolnikiem.
Jesteś Słowianinem.
I wiesz, że to znaczy coś więcej niż kraj, flaga czy godło.
To znaczy, że jesteś dzieckiem ziemi, światła i pola.
I nie musisz walczyć.
Wystarczy, że pamiętasz.
